Archiwum 23 października 2009


Clipy 
paź 23 2009 Deja Vu - (Freemasons Mix) - Beyonce
Komentarze: 0

hjdbienek : :
paź 23 2009 Alex Jones - Obama - Wielkie Oszustwo (Napisy...
Komentarze: 0

hjdbienek : :
paź 23 2009 ODNALEŹĆ SPOKÓJ W TYM,CO JEST
Komentarze: 0

Kiedy dogłębnie poznamy te nauki, możemy wprowadzić je w życie. Wtedy to od nas będzie zależał bieg wydarzeń. Ostatecznie wszystko sprowadza się do pytania, jak bardzo pragniemy się rozchmurzyć i rozluźnić. Na ile chcemy być wobec siebie uczciwi. Nauki o medytacji, które przekazał Trungpa Rinpocze, noszą nazwę śamatha-wipaśjana. Nauczając ich na Zachodzie po raz pierwszy, Rinpocze radził uczniom, by otworzyli umysły i odprężyli się. Gdy rozpraszały ich myśli, mieli pozwalać im po prostu przemijać. Wciąż i wciąż mieli powracać do otwartego, zrelaksowanego stanu umysłu. Po kilku latach Rinpocze zauważył, że wielu uczniów ma trudności z zastosowaniem tych prostych nauk w praktyce. Potrzebowali więcej wyjaśnień dotyczących techniki. Wówczas, co jednak nie zmieniało zasadniczo podstawowego celu medytacji, Rinpocze zaczął udzielać instrukcji w nieco odmienny sposób. Więcej uwagi poświęcał właściwej pozycji ciała przyjmowanej przez praktykujących i koncentrowaniu się na wydechu. Uczył, że moment wydechu jest najbliższy naturalnemu, otwartemu stanowi umysłu i że umysł ma wówczas obiekt, do którego może powracać. Rinpocze podkreślał, że wydech powinien być naturalny, w żaden sposób nie powinno się go ograniczać, a skierowana nań uwaga nie może oznaczać pełnego determinacji wysiłku, by utrzymać stan koncentracji. Co więcej, twierdził, że jedynie dwadzieścia pięć procent uwagi powinniśmy poświęcać oddechowi, tak by zachować świadomość otoczenia i nie postrzegać go jako przeszkody w praktyce. W późniejszych latach Rinpocze zabawnie to obrazował, przedstawiając medytującego jako dostojną, elegancko ubraną osobę - z łyżeczką wody w ręce. Osoba taka, w nienagannym garniturze, siedzi zadowolona, a trzymana w ręku łyżeczka zupełnie jej nie rozprasza. Rinpocze nauczał, by nie starać się osiągnąć jakiegoś wyjątkowego stanu świadomości, nie sięgać poza doświadczenia normalnego życia. Przeciwnie, zachęcał, by się relaksować, żyć w harmonii z otoczeniem i nie ustawać w zachwycie nad światem i jego prawdą obecną w każdej chwili. Większość technik posługuje się obiektem medytacji - czymś, do czego można nieustannie powracać bez względu na to, co dzieje się w umyśle. Deszcz, słota, grad czy śnieg, dobra czy zła pogoda - wciąż powracamy do obiektu medytacji. W tym wypadku jest nim wydech - wiecznie zmienny i nieuchwytny, a jednak nieustannie się odnawiający. Wdech jest jak chwilowa przerwa, podczas której nie dzieje się nic szczególnego - oprócz oczekiwania na kolejny wydech. Kiedyś objaśniłem tę technikę przyjaciółce, która wiele lat spędziła na medytacji, usilnie koncentrując się zarówno na wdechu i wydechu, jak i na innych obiektach. Stwierdziła: "Ależ to niemożliwe! Nikt tego nie potrafi! Jest tam długa chwila, kiedy nie istnieje nic, czego moglibyśmy być świadomi!". Wtedy zrozumiałem, że praktyka ta umożliwia prawdziwe odprężenie. Słuchałem kiedyś mistrzów zen, którzy mówili o medytacji jako o gotowości do nieustannego umierania. Odnalazłem to tutaj: z każdym uchodzącym z nas i rozpływającym się wydechem pojawia się szansa, aby umarło to, co właśnie przeminęło. Odprężenie zamiast paniki. Rinpocze prosił, by przekazując innym instrukcje do tej medytacji, nie używać terminu "koncentracja" na wydechu, lecz stosować lżejsze określenia. Mówiliśmy więc uczniom: "Dotykajcie wydechu i pozwólcie mu odejść" lub: "Utrzymujcie lekką i delikatną uwagę na wydechu", albo: "Bądźcie jednością z wydechem, kiedy ten uchodzi na zewnątrz". Nadal jednak podstawowym zaleceniem było otwarcie się i rozluźnienie - bez dodawania czegokolwiek, bez konceptualizacji - oraz powracanie do umysłu takiego, jaki jest: jasnego, przejrzystego, świeżego. Po pewnym czasie Rinpocze ponownie udoskonalił swoje instrukcje. Zaproponował, abyśmy oznaczali swoje myśli etykietką "myślenie". Medytowaliśmy zatem z uwagą skoncentrowaną na wydechu i nim się orientowaliśmy, już porywał nas świat naszych planów, zmartwień i fantazji. Świat złożony z myśli. W momencie, gdy uświadamialiśmy sobie swoje rozproszenie, naszym zadaniem było powiedzieć sobie: "myślę!" i spokojnie powrócić do wydechu. Oglądałem kiedyś pokaz tańca, który przedstawiał opisany powyżej proces. Tancerz wszedł na scenę i usiadł w pozycji medytacyjnej. W ciągu kilku sekund ogarnęły go myśli pełne namiętności. Przechodził przez kolejne etapy, coraz bardziej poddając się emocjom, aż nieznaczne z początku przebłyski namiętności przybrały formę rozbuchanej erotycznej fantazji. Nagle rozległ się głos dzwoneczka i spokojny głos powiedział: "myślę!" Tancerz usiadł zrelaksowany na powrót w pozycji medytacyjnej. Po chwili przedstawił taniec furii, którego początek wyrażał nieznaczne rozdrażnienie, koniec zaś był prawdziwą eksplozją. Potem był jeszcze taniec samotności, a po nim taniec ospałości. Za każdym razem w apogeum dzwonił dzwoneczek, a głos mówił: "myślę!" Chwile relaksacji stopniowo przedłużały się i miało się wrażenie, że siedzący tancerz trwa w stanie głębokiego, bezgranicznego spokoju. Chwila, gdy słyszy się: "myślę!" jest bardzo szczególnym momentem medytacji. Możemy wówczas świadomie rozwijać łagodność i postawę wolną od osądów. W sanskrycie słowem, które oznacza miłujące współczucie, jest maitri. Tłumaczy się je również jako "bezwarunkową życzliwość". Za każdym razem, kiedy mówimy sobie: "myślę!", pielęgnujemy tę bezwarunkową życzliwość wobec wszystkiego, co pojawia się w naszym umyśle. A że nie jest to łatwe, owa prosta, bezpośrednia metoda pozwalająca obudzić w sobie bezwarunkowe współczucie jest nad wyraz cenna. Czasami czujemy się winni. Kiedy indziej zachowujemy się arogancko. Zdarza się też, że nasze własne myśli lub wspomnienia przerażają nas i sprawiają, iż czujemy się nieszczęśliwi. Myśli pojawiająsię w umyśle bez przerwy i dlatego, kiedy medytujemy, stwarzamy ogromną przestrzeń, aby wszystkie one mogły się w niej przejawiać. Jak chmury w bezkresie nieba, jak fale w ogromie oceanu, tak nasze myśli muszą znaleźć przestrzeń, w której będą się przejawiać. Jeśli jakaś myśl zatrzymuje się na dłużej lub bierze nas we władanie, to niezależnie od tego, czy jest to myśl przyjemna czy nie, musimy odwołać się do tej samej konstatacji: "myślę". Powinniśmy czynić to z otwartością i łagodnością, pozwalając myślom rozpuścić się ponownie w wielkiej przestrzeni naszego umysłu. Nic nie szkodzi, jeśli obłoki i fale znów do nas powracają. Rozpoznajemy je, przyjmujemy z bezwarunkową życzliwością, znów nazywamy "myśleniem" i pozwalamy po raz kolejny odejść. Czasami ludzie posługują się medytacją by uniknąć niepokojących myśli lub emocji. W zasadzie możemy stosować wspomnianą metodę rozpoznawania myśli do pozbycia się tego, co uciążliwe. A kiedy w końcu natrafimy na coś przyjemnego lub inspirującego, możemy uznać, że wreszcie to mamy - i próbujemy wówczas utrzymać ten wolny od lęku stan spokoju i harmonii. Od początku nie wolno jednak zapominać, że w medytacji chodzi o otwieranie się wobec wszystkiego, co się pojawia, i relaksowanie się w tym doświadczeniu, bez rozróżniania na to, co lubimy, i to, czego nie lubimy. Medytacja w żadnym wypadku nie ma służyć tłumieniu czegokolwiek ani też zachęcaniu do lgnięcia do czegokolwiek. Allen Ginsberg używał określenia "zaskoczyć umysł". Oto siadamy na poduszce i nagle pojawia się jakaś nieprzyjemna niespodzianka. W porządku, akceptujemy ją. Tego momentu nie wolno odrzucić! Należy z życzliwą uważnością rozpoznać go jako "myślenie" i pozwolić mu odejść. Po chwili pojawia się, dla odmiany, bardzo przyjemna myśl. W porządku, ją też akceptujemy. Także do takich chwil nie należy lgnąć, lecz ze współczuciem rozpoznać je jako "myślenie" i pozwolić im przeminąć. Podczas tego typu praktyki, odkrywa się, że liczba niespodzianek może być nieskończona. Milarepa, najsłynniejszy tybetański jogin, stworzył przepiękne pieśni o tym, jak medytować. W jednej z nich mówi, że umysł tworzy więcej projekcji, niż jest drobinek kurzu w promieniu słońca. Medytując, możemy przestać walczyć z naszymi myślami i uświadomić sobie fakt, że uczciwość i humor są o wiele bardziej inspirujące i pomocne niż jakaś totalna duchowa wojna o coś lub przeciw czemuś. Tak czy inaczej, ważne jest, by zamiast usiłować pozbyć się myśli, ujrzeć ich prawdziwą naturę. Myśli wodzą nas za nos, kiedy im ulegamy, ale ich istota jest niezmiennie podobna do snu. Są jak iluzja, nie ma w nich nic trwałego. Myśli są po prostu nietrwałym, przemijającym zjawiskiem. Na przestrzeni lat Trungpa Rinpocze wciąż uzupełniał instrukcje dotyczące pozycji ciała utrzymywanej w medytacji. Uczył, że nie należy zmagać się z samym sobą podczas praktyki. Jeśli bolały nas nogi lub plecy, zalecał zmianę pozycji. Z czasem stało się dla nas jasne, że aby siedzieć wygodnie i stabilnie, wystarczą tylko nieznaczne zmiany pozycji. Wszelkie większe zmiany przynosiły ulgę jedynie na jakieś pięć, dziesięć minut, po czym znów mieliśmy ochotę się poruszyć. W końcu zaczęliśmy przestrzegać sześciu punktów właściwej postawy jako sposobu na jej ugruntowanie: 1 ) biodra, 2) nogi, 3) tułów, 4) ręce, 5) oczy, 6) usta. Oto instrukcje do powyższych punktów: 1. Siedząc na poduszce lub na krześle, nie należy przechylać się na boki, w przód ani w tył. 2. Nogi wygodnie skrzyżowane lub - jeśli siedzi się na krześle - stopy płasko oparte o podłoże, kolana nieco rozchylone. 3. Plecy proste, łopatki ściągnięte, klatka piersiowa wyprężona. Jeśli siedzi się na krześle, nie należy odchylać się do tyłu ani też garbić się. 4. Dłonie rozwarte, wnętrzem do dołu, swobodnie spoczywające na udach. 5. Oczy otwarte, pozostajemy przytomni i zrelaksowani bez względu na to, co się pojawia. Wzrok skierowany lekko w dół, skoncentrowany na wybranym punkcie w odległości około półtora metra przed nami. 6. Usta lekko rozwarte, nie należy zaciskać szczęk. Powietrze powinno swobodnie przepływać zarówno przez usta, jak i przez nos. Koniuszek języka może lekko dotykać podniebienia. Za każdym razem, kiedy siadamy do medytacji, przypomnijmy sobie tych sześć punktów określających właściwą postawę. Jeśli się rozproszymy, ponownie zwróćmy uwagę na pozycję ciała. Wtedy, z uczuciem świeżości, powróćmy do koncentracji na wydechu. Jeśli jednak okaże się, że myślom udało się odwieść nas od medytacji, nie przejmujmy się. Powiedzmy sobie po prostu: "myślę" i powróćmy do stanu otwartości i odprężenia, jaki niesie wydech. Stale powracajmy świadomością do miejsca, w którym się znajdujemy. Na początku ludzie często uważają praktykę medytacyjną za ekscytującą. Traktujemy ją jak nowy pomysł na życie i wydaje nam się, że jeśli będziemy się jej oddawać, być może wszystkie utrudnienia znikną, a my staniemy się nagle otwarci, wolni od osądów i bezwarunkowo życzliwi innym. Ale po pewnym czasie ekscytacja nowością znika. Wtedy już z przyzwyczajenia codziennie znajdujemy chwilę czasu, by usiąść sami ze sobą. Wciąż powracamy do wydechu. W nudzie, rozdrażnieniu, lęku czy zadowoleniu. Wytrwale powtarzana, wykonywana szczerze, lekko, z humorem i łagodnością - praktyka ta stanowi nagrodę samą w sobie. Kiedy dogłębnie poznamy te nauki, możemy wprowadzić je w życie. Wtedy to od nas będzie zależał bieg wydarzeń. Ostatecznie wszystko sprowadza się do pytania, jak bardzo pragniemy się rozchmurzyć i rozluźnić. Na ile chcemy być wobec siebie uczciwi.

hjdbienek : :