paź 24 2009

NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO


Komentarze: 0

W podejściu maitri, w odróżnieniu od innych metod radzenia sobie z kłopotami, nie chodzi o szukanie rozwiązania problemu. Nie usiłujemy za wszelką cenę usunąć cierpienia ani na silę stać się kimś lepszym. Porzucamy całkowicie kontrolę, pozwalając myślom i pojęciom rozpuścić się. Otrzymuję wiele listów od osób uważających się za "złych ludzi". Czasem jest to ktoś, kto starzeje się w poczuciu zmarnowanego życia. Innym razem to wzywający pomocy, bliski popełnienia samobójstwa nastolatek. Ludzie traktujący siebie samych w niewłaściwy sposób pochodzą ze wszystkich grup wiekowych, rasowych i kulturowych. Łączy ich jedno: brak miłującej życzliwości wobec samych siebie. Rozmawiałam niedawno ze starym znajomym. Zawsze postrzegałam go jako nieśmiałego, lecz serdecznego człowieka, który większość czasu spędza, pomagając innym. Tego dnia jednak był bardzo przygnębiony i przekonany o sobie, że jest przypadkiem beznadziejnym. Usiłowałam zażartować: "Czy nie uważasz, że na tej planecie na pewno żyje ktoś jeszcze gorszy od ciebie?". Odpowiedział z rozbrajającą szczerością: "Nie. Jeśli chcesz wiedzieć, co naprawdę czuję, to powiem ci: nie znajdziesz nikogo, kto byłby gorszy ode mnie". Przypomniał mi się wtedy komiks Gary'ego Larsona, w którym dwie kobiety patrzą przez okno na stojącego u progu ich domu potwora. Jedna z nich mówi: "Uspokój się, Edna. Rzeczywiście, to gigantyczny i ohydny owad, ale może on po prostu szuka pomocy?" Najcięższe momenty w naszym życiu pojawiają się najczęściej za naszą własną sprawą. Dlatego nigdy nie jest za późno, ani też za wcześnie, by praktykować miłującą życzliwość. Przypomina to sytuację nieuleczalnie chorego. Nie wiedząc, ile życia mu pozostało, te ostatnie godziny, miesiące lub lata może przeznaczyć na zaprzyjaźnienie się z sobą samym i z innymi. Powiedziano, że niemożliwe jest osiągnięcie oświecenia, odczuwanie radości i zadowolenia, jeśli nie pozna się samego siebie i nawykowych schematów swoich zachowań. Pomaga w tym maitri - rozwijanie miłującej życzliwości i bezwarunkowej przyjaźni wobec siebie. Niekiedy mylimy ten proces z doskonaleniem i kreowaniem samego siebie. Do tego stopnia dajemy się pochłonąć odczuwaniu dobroci wobec samych siebie, że przestajemy zauważać, jak oddziałujemy na innych. Możemy błędnie uważać, że maitri to sposób na trwałe szczęście, jak w reklamie, która obiecuje, że będziemy czuć się świetnie przez resztę życia. Nie w tym jednak rzecz, by z zadowoleniem klepać się nawzajem po plecach i powtarzać: "Jesteś najlepszy" lub "Nie przejmuj się, kochanie, wszystko będzie dobrze". Ważny jest proces, dzięki któremu w zręczny i zarazem współczujący sposób odkrywamy mechanizmy oszukiwania samego siebie - aż do odrzucenia ostatniej zasłony, za którą moglibyśmy się ukryć. W podejściu maitri, w odróżnieniu od innych metod radzenia sobie z kłopotami, nie chodzi o szukanie rozwiązania problemu. Nie usiłujemy za wszelką cenę usunąć cierpienia ani na siłę stać się kimś lepszym. Porzucamy całkowicie kontrolę, pozwalając myślom i pojęciom rozpuścić się. Wynika to z przeświadczenia, że cokolwiek się dzieje, nie stanowi ani początku, ani końca. Jest częścią zwykłego ludzkiego doświadczenia, właściwego wszystkim istotom od początku istnienia świata. Myśli, emocje, nastroje i wspomnienia przychodzą i odchodzą, podczas gdy fundamentalna teraźniejszość jest stale obecna. Nigdy nie jest za późno, by przyjrzeć się swojemu umysłowi. Zawsze możemy usiąść i pozwolić, by powstała przestrzeń dla wszystkiego, co się w nim pojawia. Zdarza się, że kontakt z samym sobą jest dla nas wstrząsający. Wtedy próbujemy uciec. Bywa również, że takie doświadczenie nas zadziwia. Często też ulegamy rozproszeniu. Ale wciąż na nowo możemy inspirować siebie do bycia tu i teraz - bez osądzania, bez klasyfikowania na "lubię" i "nie lubię". Bolesna prawda jest taka, że kiedy odrzucamy coś lub kogoś, to zarazem praktykujemy odrzucenie. Kiedy zachowujemy się szorstko - praktykujemy szorstkość. Im częściej angażujemy się w tego rodzaju uczucia, tym stają się one w nas silniejsze. Jakie to smutne - stopniowo możemy zamienić się w ekspertów od zadawania bólu sobie i innym. A przecież czy nie powinno nam chodzić o to, żeby pielęgnować w sobie łagodność i pozwalać wszystkiemu biec swym naturalnym torem? Możemy nauczyć się z zaciekawieniem przyjmować wszystko, co nas spotyka, nie przywiązując do zdarzeń nadmiernej wagi. Zamiast walczyć z pomieszaniem, możemy wyjść mu naprzeciw i rozluźnić się. Postępując w ten sposób, stopniowo odkryjemy, że naturalna przejrzystość umysłu zawsze jest w nas obecna. W samym środku najsmutniejszego scenariusza najgorszej osoby na świecie, w centrum bolesnego dialogu z samym sobą - wszędzie tam jest stale obecna otwarta przestrzeń naszego umysłu. Żyjemy z określonym wizerunkiem siebie, który przechowujemy w umyśle. Można go nazwać "zwykłym umysłem'' lub po tybetańsku - sem. W języku tybetatńskim istnieje kilka słów oznaczających umysł, ale w uchwyceniu jego sensu pomagają szczególnie dwa: sem i rigpa. Sem jest tym, czego doświadczamy poprzez myśli dyskursywne, to strumień paplaniny nieustannie wzmacniający nasze wyobrażenie o sobie. Rigpa natomiast dosłownie oznacza "inteligencję" lub "bystrość". Pod powierzchnią naszych zmartwień i planów, pragnień i życzeń, wybierania i selekcjonowania zawsze istnieje umysł niezafałszowanej mądrości. Kiedy tylko przestajemy rozmawiać z samym sobą, powraca rigpa. Psy w Nepalu szczekają przez całą noc. Mniej więcej co dwadzieścia minut przestają i wówczas pojawia się uczucie ulgi i spokoju. Potem ujadanie zaczyna się od nowa. Mały umysł, sem, funkcjonuje podobnie. Na początku praktyki medytacyjnej wydaje się, że psy naszego umysłu w ogóle nie przestaną szczekać. Po jakimś czasie jednak męczą się. Dyskursywne myśli, jak ujadające psy, należy poskromić. Zamiast bić albo obrzucać kamieniami, uspokajamy je współczuciem, uwagą i życzliwością. Z czasem otworzy się w nas więcej przestrzeni, mimo że dyskursywne myśli wciąż będą zakłócać spokój umysłu. Jest pewne, że ujadanie psów nadal będzie nam towarzyszyło. Nawet nie próbujmy się go pozbyć. Kiedy bowiem nawiążemy kontakt z przestrzennością rigpy, zacznie ona przenikać wszystko. Nawet jeśli doświadczymy jedynie przebłysku tej przestrzenności, dzięki praktyce maitri będzie się ona rozszerzać. Obejmie naszą gorycz, nasz lęk. Przejawi się w postrzeganiu świata, w postrzeganiu samego siebie. Niekiedy będzie się nam nawet wydawało, że życie jest jak sen. Gdy miałam dziesięć lat, moją przyjaciółkę zaczęły dręczyć koszmary. Regularnie śniło jej się, że biegnie przez ogromny, ciemny dom ścigana przez okropne potwory. Napotykała zamknięte drzwi i walczyła, by je otworzyć. Ledwo udawało jej się zatrzasnąć je za sobą, a już słyszała, jak otwierają je zbliżające się szybko monstra. Budziła się z krzykiem, wołając o pomoc. Któregoś dnia siedziałyśmy w kuchni i rozmawiałyśmy o tych koszmarach. Kiedy spytałam, jak wyglądają demony w jej śnie, przyznała, że nie wie, gdyż zawsze przed nimi ucieka. Zaczęła się jednak nad tym zastanawiać. Usiłowała sobie przypomnieć, czy któryś z prześladowców był podobny do wiedźmy albo czy może miał przy sobie nóż. A kiedy koszmar pojawił się po raz kolejny i potwory ponownie zaczęły ją ścigać, dziewczynka zatrzymała się nagle w swoim śnie i odwróciła. Wymagało to nie lada odwagi. Serce biło jej jak oszalałe, ale oparła się plecami o ścianę i spojrzała w stronę potworów. Wszystkie się wówczas zatrzymały i zaczęły krążyć wkoło, żaden jednak nie podchodził bliżej. Było ich pięć i wyglądem przypominały zwierzęta. Jeden był podobny do szarego niedźwiedzia, lecz zamiast pazurów miał długie czerwone paznokcie. Inny miał czworo oczu. Jeszcze inny - ranę na pysku. Kiedy śniąca przyjrzała się prześladowcom bliżej, wydali się jej mniej straszni - wyglądali teraz jak postacie z komiksów. A po chwili zaczęli znikać. Obudziła się - i to był koniecjej koszmarów. Istnieją nauki o trzech rodzajach przebudzenia: przebudzeniu ze zwyczajnego snu, przebudzeniu w momencie śmierci - ze snu, jakim jest życie, oraz przebudzeniu do pełnego oświecenia ze snu iluzji. Według tych nauk śmierci doświadczamy jako swego rodzaju przebudzenia po bardzo długim śnie. Kiedy o tym usłyszałam, przypomniałam sobie o nocnych koszmarach mojej przyjaciółki. I nagle doznałam olśnienia. Pomyślałam, że jeśli wszystko jest śnieniem na jawie, to równie dobrze mogłabym prześnić sen swego życia, spoglądając lękom prosto w oczy, zamiast przed nimi uciekać. Nie zawsze przychodziło mi to z łatwością, ale podczas tych prób wiele się nauczyłam o maitri. Nasze osobiste demony przyjmują różne postacie. Wstyd, zazdrość, uczucie bycia porzuconym, wściekłość. Są tym wszystkim, co odczuwamy jako dyskomfort i przed czym nieustannie uciekamy. Nasza ucieczka przybiera często spektakularne formy - wybuchamy, rzucamy złe słowo, trzaskamy drzwiami, uderzamy kogoś lub ciskamy doniczką. Unikamy w ten sposób bezpośredniej konfrontacji z tym, co dzieje się w naszym sercu. Jeśli nasze uczucia nie znajdują ujścia w wybuchu, tłumimy je w sobie, na siłę uśmierzamy ból. Można w ten sposób spędzić całe życie, uciekając przed potworami własnego umysłu. Współcześni ludzie są tak zagonieni, że nie dostrzegają, ile mogliby czerpać z piękna otaczającego ich świata. Przyzwyczajeni do nieustannego pędu z klapkami na oczach, pozbawiają się radości. Kiedyś śniło mi się, że przygotowuję dom na przyjazd Khandro Rinpocze. Biegałam w kółko, sprzątając i gotując. Nagle podjechał samochód, z którego wysiadła Rinpocze wraz z asystentem. Kiedy wybiegłam na ich powitanie, Rinpocze uśmiechnęła się i spytała: "Czy widziałaś dzisiejszy wschód słońca?" "Nie, Rinpocze - odparłam. - Byłam zbyt zajęta, by patrzeć na słońce". Rinpocze zaśmiała się i powiedziała: "Zbyt zajęta, by przeżywać swoje życie!" Wydaje się, że niekiedy wolimy żyć w niewiedzy i pośpiechu. Choć protestujemy, narzekamy i całymi latami chowamy urazę. Czasem jednak w naszym pełnym goryczy i żalu umyśle pojawia się nagle przebłysk maitri. Słyszymy znienacka płacz dziecka lub czujemy zapach pieczonego chleba. Uderza nas chłód powietrza lub widok pierwszego wiosennego krokusa. Nieoczekiwanie zaskakuje nas piękno naszego własnego podwórka. Aby pozbyć się oporu wobec życia, musimy wyjść mu naprzeciw. Jeśli jesteśmy niezadowoleni, bo w pokoju jest zbyt ciepło, możemy wyjść temu ciepłu naprzeciw, poczuć jego gorąco i ciężar. W zimnym pokoju możemy wyjść na spotkanie zimnu - poczuć jego szczypiącą lodowatość. Gdy pada deszcz, możemy, zamiast narzekać, odczuć jego wilgoć. Gdy boimy się, kiedy wiatr uderza w okna, możemy wyjść mu naprzeciw i wsłuchać się weń. Prawdziwym darem, jaki możemy ofiarować sami sobie, jest pozbycie się oczekiwań, przekształcenie ich w lekarstwo. Nie ma radykalnego sposobu na zimno i gorąco. Zimno i gorąco będą istnieć zawsze. Po naszej śmierci fale nadal będą uderzać o brzeg, przypływać i odpływać, a dzień nadal będzie zamieniać się z nocą - gdyż taka jest natura zjawisk. Umiejętność otwarcia umysłu, przyjrzenia się z bliska, docenienia - oto istota maitri. Woda i powietrze są dziś zanieczyszczone, a narody i rodziny walcząze sobą - to oznaki Epoki Ciemności. Innym zwiastunem jej nadejścia są zatruci własnym zwątpieniem, przepełnieni lękiem ludzie. Praktykowanie miłującej życzliwości wobec samego siebie to jeden ze sposobów na rozświetlenie ciemności trudnych czasów. Nadmierne przejęcie się własnymi wyobrażeniami o sobie czyni nas głuchymi i ślepymi. To tak, jakby z kapturem na głowie stać pośrodku wielkiej łąki pełnej polnych kwiatów albo z zatkanymi uszami znaleźć drzewo pełne śpiewających ptaków. Zbyt wiele jest goryczy i oporu przed życiem. To plaga, która wydostała się spod kontroli i zatruwa atmosferę świata. Warto zastanowić się nad tym - i rozpocząć praktykę miłującej życzliwości.

hjdbienek : :
Do tej pory nie pojawił się jeszcze żaden komentarz. Ale Ty możesz to zmienić ;)

Dodaj komentarz