lis 05 2009

ZATRZYMYWANIE KOŁA SANSARY


Komentarze: 0

Zwykle czujemy, że jest jakiś problem i staramy się go rozwiązać. To błąd. Spróbujmy zachować się w sposób nieprzewidywalny. Zróbmy coś, co odbiega od rutynowych działań. Nie stosujmy wciąż tych samych wykrętów, by nie być tu i teraz. W jakiś sposób tak się dzieje, że dharma wydaje nam się czymś odległym od życia. Traktujemy ją zwykle jako system filozoficzny lub przyspieszony kurs rozwoju i nawet gdy zachęca się nas do stosowania jej w codziennym życiu, w chwilach, gdy rzeczywiście potrzebujemy pomocy, wszelkie nauki nie na wiele się zdają. Gdy targają nami emocje, czujemy się zranieni lub bliscy samobójstwa, propozycja, by usiąść i pomedytować, wydaje się kiepskim żartem. Wielu z nas sądzi, że medytacja jest nieskuteczna i nie przystaje do realiów życia. Uważamy, że aby dotrzeć w głąb własnej psychiki, potrzebna jest pomoc psychologa i terapia grupowa. Nie widzę niczego złego w szukaniu fachowej porady. W wypadku wielu ludzi dobry psycholog może zdziałać cuda. Mając dystans do naszych problemów, może służyć pomocą w przezwyciężaniu lęku i rozwijaniu pozytywnego stosunku do rzeczywistości. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że dharma ma dużo większą moc oddziaływania. W sposób radykalny nie tylko pomaga nam pokonać nerwicę i depresję, lecz także dostrzec piękno w nas samych i w otaczającym nas świecie. Rzecz w tym, by mieć dość wiary w dharmę, by pamiętać o niej, gdy znajdziemy się na dnie, a świat wokół wyda się koszmarem. Nie uważajmy dharmy za odskocznię od prozy codziennego życia ani za ideał, do którego może kiedyś uda nam się dorosnąć. Traktujmy ją jak pożywną strawę lub pozbawione skutków ubocznych lekarstwo - panaceum na wszelkie dolegliwości. Musimy wykorzenić swoje nawyki, a w szczególności nawyki umysłu. Pamiętam dzień, gdy stało się dla mnie jasne, jak umysł kreuje rzeczywistość, w której żyjemy. Niewolniczo powielamy te same schematy zachowań, a one niezmiennie wywołują wciąż te same skutki. Refleksje takie ogarnęły mnie, gdy kończyły mi się pieniądze i zacząłem się z tego powodu niepokoić. Niemal fizycznie czułem ciężar odpowiedzialności, jaki na mnie spoczywał. Stopniowo strach przeradzał się w panikę. Czułem, że muszę koniecznie znaleźć jakieś wyjście. Dopóki tak się nie stało, nie mogłem ani na chwilę się odprężyć, dostrzec, że świat wokół rozkwita, cieszyć się blaskiem słońca. Ta sytuacja nie była niczym nadzwyczajnym. Wielokrotnie bywałem bez grosza, nigdy jednak aż tak nie wyprowadzało mnie to z równowagi. Nie wiem, dlaczego ten dzień był przełomowy. Być może zadziałały tu lata praktyki, gdy starałem się uczciwie i bezstronnie odnosić do wszystkich doświadczeń lub gdy medytując, wracałem wciąż na nowo do rzeczywistości. W każdym razie tamtego dnia dotarło do mnie, w czym rzecz. Nie będąc w jakimś szczególnie podniosłym stanie ducha, nagle zdałem sobie sprawę z tego, co robię. Mało tego, byłem w stanie powiedzieć sobie "stop". Przestałem miotać się nerwowo, jak to miałem w zwyczaju starając się wykorzystać każdą chwilę, by zrobić coś pożytecznego, by zapobiec jakiemuś nieszczęściu. Myśl "przecież tylko ja mogę uratować sytuację" przemknęła mi wtedy przez głowę. Zdecydowałem jednak poczekać i zobaczyć, jak świat sobie poradzi bez mojej interwencji. Może legnie w gruzach, lecz czasami po prostu trzeba dać mu tę szansę. Najtrudniej było powstrzymać się od działania. Bezczynność była czymś zupełnie sprzecznym z moim charakterem. Czułem się tak, jakbym próbował zatrzymać ogromne rozpędzone koło i obrócić je w przeciwnym kierunku. Na tym właśnie polega dharma: odmieniamy bieg rzeczy, działamy wbrew ustalonym nawykom, odwracamy proces kostnienia rzeczywistości, zatrzymujemy koło sansary. Pierwszym krokiem jest uchwycenie momentu, gdy staramy się wymknąć rzeczywistości. Zwykle czujemy, że jest jakiś problem i staramy się go rozwiązać. To błąd. Spróbujmy zachować się w sposób nieprzewidywalny. Zróbmy coś, co odbiega od rutynowych działań. Nie stosujmy wciąż tych samych wykrętów, by nie być tu i teraz. W buddyzmie często mówi się, aby postępować wbrew temu, co oczywiste. Słyszymy: "uczyń coś, co budzi twoją odrazę", "Spocznij na posłaniu nabitym gwoździami". Gdy Trungpa Rinpocze przebywał jeszcze w Tybecie, jego nauczyciel Khenpo Gangszar udzielił mu wskazówek, jak żyć w ten właśnie sposób. Nazwał je naukami o niedualistycznej naturze rzeczywistości. Gdy spytaliśmy Rinpocze, co stało się z jego mistrzem po ich ucieczce z Tybetu, odpowiedział, że dobiegły go wieści, iż podczas gdy inni skierowali się do Indii, Khenpo Gangszar udał się w stronę Chin. Ten rodzaj nauk zastosowany w życiu może w zasadniczym stopniu zmienić nasz sposób postrzegania rzeczywistości. Moim pierwszym krokiem była decyzja, by nie działać więcej siłą rozpędu. Był to rodzaj testu, jakiemu poddałem nauki Buddy, aby sprawdzić, czy istotnie to my sami tworzymy rzeczywistość, a wszystko, co postrzegamy, jest jedynie projekcją naszego umysłu. Każda cząstka mnie domagała się powrotu do starych nawyków. Wciąż jednak miałem w pamięci słowa nauk mówiące, że dopóki nie przestaniemy trzymać się kurczowo pojęcia dobra i zła, świat będzie nam się objawiał jako przyjazne bóstwa i groźne demony. Chciałem zbadać, czy to prawda. Nie bałem się, że przez takie eksperymenty popadnę w zbytnią surowość, gdyż wcześniej pod wpływem praktyki stałem się przyjaźnie nastawiony do swych myśli i emocji. Jakoś tak się dzieje, że zaprzyjaźnienie się z samym sobą jest warunkiem postępu w rozwoju duchowym. Zawsze, czy medytujemy czy słuchamy nauk, powinniśmy pamiętać o rozwijaniu życzliwości. Kiedyś, po zakończeniu kursu, który prowadziłem w Teksasie, pewien mężczyzna podziękował mi za wskazówkę, by uważać na ton głosu, gdy w czasie praktyki określamy to, co dzieje się w naszym umyśle jako myślenie. Gdy głos jest surowy, dobrze jest powtórzyć to, co się mówiło, raz jeszcze - łagodniej. "Naprawdę, wziąłem to sobie do serca" - powiedział. - "I teraz, gdy mój umysł gdzieś zawędruje, mówię do siebie - to tylko myśli, chłopie". Jednak nawet po latach praktyki wielu z nas przesadza z surowością. Medytujemy z poczuciem winy, jak gdyby ktoś miał nas rozliczyć z naszych błędów. Chcielibyśmy pozbyć się wstydu za siebie samych, boimy się, że ktoś w końcu odkryje, jak marnymi praktykującymi jesteśmy. Stare porzekadło głosi, że buddysta to ktoś, kto medytuje, lub ktoś, kto czuje się winny, że nie medytuje. I to wcale nie jest śmieszne. Zgodnie z jedną z najważniejszych wskazówek powinniśmy się odprężyć i rozpogodzić. W pracy z naszym rozchwianym, pomieszanym umysłem bardzo pomaga myśl, że praktykując, docieramy do łagodności, która jest w nas i pozwalamy jej się rozprzestrzeniać. Pozwalamy, by łagodność stępiła ostrze samokrytycyzmu i niezadowolenia. Niektórym jest o wiele łatwiej zaakceptować innych niż siebie samych. Wydaje się nam, że współczucie zarezerwowane jest dla innych i nigdy nie przychodzi nam do głowy, by odczuwać je wobec siebie. Z mojego doświadczenia wynika, że dopiero gdy odrzucimy wszelkie nakazy dotyczące praktyki, stopniowo zaowocuje ona większą przytomnością umysłu oraz ufnością. Krok po kroku, nic nie planując, pragnąc jedynie być uczciwym i życzliwym, stajemy się odpowiedzialni za swoje życie na tym nieprzewidywalnym świecie, w tej wyjątkowej chwili, w tym cennym ludzkim ciele. W końcu dojrzałem do tego, by zwolnić obroty napędzanego nawykami umysłu, stałem się mniej przewidywalny. Choć nie było to łatwe, zacząłem zachowywać się inaczej niż do tej pory. Odczuwałam coś, co Trungpa Rinpocze nazwał tęsknotą za sansarą, a co polegało na przemożnym pragnieniu, by rozwiązać jakiś problem. Jednak moja ciekawość nauk była silniejsza niż tęsknota za przeszłością. Wyruszałem w nieznane. A to, czego doświadczałem, było prawdziwe w przeciwieństwie do wzniosłych teorii, których tyle wcześniej poznałem. Nie wiedziałem, co się wydarzy, lecz wszystko było lepsze niż rutyna, którą pozostawiłem za sobą. Każde działanie, każda myśl i emocja mają znaczenie. Nie istnieje inna droga. To tu możemy zastosować nauki, tu możemy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego medytujemy. Jesteśmy na ziemi jedynie przez krótką chwilę. Nawet gdybyśmy dożyli 100 lat, nasze życie byłoby zbyt krótkie, by doświadczyć wszystkich jego cudów. Każde działanie, każda myśl, każde wymówione słowo jest dharmą. Czy jesteśmy gotowi, by łapiąc się na próbie uciekania od rzeczywistości, nie czuć przy tym zażenowania? Czy próbujemy ujrzeć w sobie nie stwarzającego problemy dziwoląga, lecz typową ludzką istotę, która w każdej chwili może zerwać z rutyną i stać się nieprzewidywalna? Z doświadczenia wiem, że gdy przybieramy taką postawę, nasze myśli zwalniają. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestrzeń wokół nas się powiększa, łatwiej jest nam oddychać, tańczyć i być szczęśliwym. Dharma ma moc uzdrawiania. Jest w stanie uleczyć nasze zastarzałe rany, których źródłem jest nie grzech pierworodny, lecz niezrozumienie - doświadczane od tak dawna, że już go nie dostrzegamy. Nauki mówią, by odnosić się ze współczuciem do siebie i do swoich uwarunkowań, wiedząc, że nie są one czymś niezmiennym. Tkwimy w pułapce starych nawyków, chwytamy i zatrzymujemy rzeczywistość, co wywołuje wciąż te same myśli i reakcje. Tak tworzymy swój świat. Gdy choć na moment staniemy się tego świadomi, automatycznie zbudzi się w nas sprzeciw. Będziemy zdolni odwrócić proces zastygania rzeczywistości, którą sami stwarzamy, powstrzymać kurczenie się obszaru naszych doświadczeń, zrzucić przygniatający nas ciężar i wyruszyć w nieznane. Gdyby ktoś chciał zapytać, jak to zrobić, odpowiedź jest prosta. Potraktuj dharmę, jako coś bardzo osobistego, zgłębiaj ją całym sobą i o nic się nie martw.

hjdbienek : :
Do tej pory nie pojawił się jeszcze żaden komentarz. Ale Ty możesz to zmienić ;)

Dodaj komentarz