Kategoria

Homo Sapiens, strona 40


wrz 04 2009 Przypadek szósty
Komentarze: 0

Pan Keller, pięćdziesięcioczteroletni przedsiębiorca, został przyjęty do szpitala z krwawiącym wrzodem dwunastnicy po raz trzeci w ciągu trzech lat. Z dokładnej analizy historii choroby wynikało, że wszystkie trzy krwawienia zdarzyły się w kwietniu. Okazało się, że pan Keller - jak zresztą każdy - nie lubił płacić podatków. Pytany o to przyznał, iż okres obliczania podatków był dla niego silnie stresujący. Okazało się też, że przy podawaniu dochodów zwykle wprowadzał tu i ówdzie „parę usprawiedliwionych poprawek" na sumę mniej więcej kilku tysięcy dolarów, wystarczająco dużo, by zaoszczędzić trochę na podatku. Te „poprawki" jednakże wystarczyły też do wywołania obaw i poczucia winy. Jak u wielu pacjentów podatnych na wrzody, tak i u pana Kellera, organizm przekładał niezadowolenie z siebie na objawy fizyczne. Żołądek zaczął dosłownie trawić sam siebie. Uświadomiony, jaka jest oczywista przyczyna krwawienia wrzodu, pacjent doszedł do wniosku, że cała sprawa nie jest tego warta. Wszystkie kwestie podatkowe przekazał księgowemu, a ponadto polecił mu dokonywanie wpłat na anonimowy fundusz, specjalnie utworzony przez lokalne władze skarbowe z myślą o takich ludziach jak on. Od tamtego czasu pan Keller płaci podatek wyższy o kilkanaście tysięcy dolarów, lecz kilka tysięcy więcej oszczędza na rachunkach, gdy korzysta ze szpitala, a ponadto cieszy się znacznie lepszym zdrowiem. Tym razem nie był to jakiś nadzwyczajny przypadek, ponieważ związek między życiem pełnym stresów a występowaniem wrzodów znany jest od dawna, natomiast dopiero ostatnio naukowcy potwierdzili, iż trapiące nas myśli same przez się mogą wywołać nadmierne wydzielanie soków żołądkowych, co prowadzi do nawrotów choroby wrzodowej. Dr Herbert Weiner, lekarz specjalista komentując to, że „ważne dla nas wydarzenia" mogą dać początek wrzodom, zastanawiał się, dlaczego tego rodzaju odkrycie nie zostało potwierdzone wcześniej. On sam sądzi, że kiedy lekarze nie znają dokładnie mechanizmu w organizmie, który przetwarza ważne wydarzenia na objawy chorobowe, trudno im uwierzyć, iż taki proces istotnie zachodzi. Inna przyczyna to to, że badacze poszukują „serii wydarzeń podobnych lub jednej szczególnej reakcji emocjonalnej, niepokojącej wszystkich pacjentów określonego typu." Tymczasem jest rzeczą raczej naturalną, że każdy człowiek przechodzący chorobę wrzodową wiedzie życie odmienne od innych i ma swoje własne indywidualne przeżycia. Dr Weiner wyciąga stąd wniosek - a ja w pełni się z nim zgadzam — iż wydarzenie z zewnątrz nie stanowi istotnej przyczyny, „jest nią raczej znaczenie, jakie dana osoba temu wydarzeniu przypisuje." Przy obecnym ukierunkowaniu medycznych badań naukowych często nie dostrzega się oczywistej roli połączenia psychofizjologicznego, ponieważ -zacytujmy raz jeszcze dr Weinera — „nie dysponujemy jeszcze urządzeniem testującym, które dostarczałoby rzetelnej informacji o tym jaką wagę przywiązuje się do danego wydarzenia". A przecież właśnie to jest ogniwem łączącym wszystkie przedstawione tutaj historie chorób.

hjdbienek : :
wrz 03 2009 Przypadek piąty
Komentarze: 0

Sześćdziesięciotrzyletnią panią Di Angelo przyjęto do szpitala z żółtaczką. Najbardziej charakterystyczne objawy żółtaczki to zażółcona skóra i takież białka oczu, co w tym przypadku przypisywano kamicy żółciowej. Wobec tego pacjentkę skierowano na operację. Po otwarciu jamy brzusznej stwierdziliśmy, że pacjentka nie ma kamieni, lecz raka pęcherzyka żółciowego. Nowotwór opanował całą jamę brzuszną i wątrobę. Uznaliśmy, że nie ma sensu operować i bezzwłocznie jamę brzuszną zamknęliśmy. Podczas gdy pani Di Angelo była jeszcze w sali pooperacyjnej, poinformowałem jej córkę o diagnozie. Nalegała, żebym matce nic nie mówił. „Znam moją matkę. Umrze natychmiast, gdy się dowie, że ma raka." Niechętnie powiedziałem pacjentce, że miała kamienie żółciowe i że je usunęliśmy. Tłumaczyłem sobie, iż po powrocie do domu, w pewnym momencie córka powie jej prawdę. Poza tym byłem pewny, że pacjentka nie pożyje dłużej niż kilka miesięcy. Po ośmiu miesiącach zobaczyłem ją ponownie w swoim gabinecie. Żółtaczka zniknęła bez śladu, a pacjentka promieniowała zdrowiem. Nie było żadnych klinicznych objawów raka. Pani Di Angelo w dalszym ciągu przychodzi do mnie na badania okresowe; jest zupełnie zdrowa. Ostatnim razem powiedziała mi: „Panie Doktorze, gdy trzy lata temu przyjął mnie pan do szpitala z rozpoznaniem żółtaczki byłam pewna, że mam raka. Operował mnie pan i usunął kamienie żółciowe. Sprawiło mi to taką ulgę, że postanowiłam już nigdy więcej nie chorować." Jest to jeden z najbardziej zadziwiających przypadków, z jakim się kiedykolwiek spotkałem. Tym razem nie lek, lecz operacja odegrała rolę placebo. Wprawdzie klinicznie była ona bezużyteczna, ale doprowadziła do całkowitego wyleczenia. Naturalnie, w rzeczywistości to nawet nie operacja, lecz myśli pacjentki po zabiegu sprawiły, że żyje.

hjdbienek : :
wrz 03 2009 Przypadek czwarty
Komentarze: 0

Pan Casey, sześćdziesięcioczteroletni agent ubezpieczeniowy, namiętny długoletni palacz papierosów, zgłosił się do mnie na okresowe badania. Nie miał objawów żadnej choroby, czuł się doskonale, lecz z powodu jego palenia, zleciłem prześwietlenie klatki piersiowej. Wykazało ono duże zmiany w dolnym płacie lewego płuca. Dalsze badania potwierdziły diagnozę, że jest to rak płuc. Następnie zapoznałem się z prześwietleniem robionym pięć lat wcześniej. Wskazywało ono zmiany wielkości monety w tym samym miejscu, co oznaczało, że nowotwór rozwijał się wolno przez co najmniej pięć ostatnich lat. W każdym razie pacjent nie odczuwał absolutnie żadnych objawów choroby, aż do chwili, gdy usłyszał diagnozę. Wtedy stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszył. W ciągu trzech dni zaczął pluć krwią, w następnych trzech tygodniach wystąpił ciężki, trudny do opanowania kaszel i duszność. W miesiąc później Pan Casey zmarł. Historia tej choroby potwierdza to, co często obserwowałem, mianowicie, iż gwałtowne nasilenie objawów, a potem śmierć bywa następstwem rozpoznania, że, chorobą jest rak. To prawie tak, jakby pacjent umierał z powodu diagnozy, a nie z powodu raka. Można by powiedzieć, iż jest to odwrotność efektu placebo, ponieważ przyczyna śmierci ma swe źródło w myśli: „Mam raka i dlatego umieram". Myśl ta, drogą połączeń psychofizjologicznych, zostaje przekształcona w szereg zmian patologicznych w organizmie pacjenta, który wówczas zaczyna gwałtownie podupadać na zdrowiu.

hjdbienek : :
wrz 02 2009 National Geographic HD - Chiny Od Środka:...
Komentarze: 0

hjdbienek : :
wrz 02 2009 Przypadek trzeci
Komentarze: 0

Pan Badget, trzydziestopięcioletni prawnik, zgłosił się do szpitala na ostry dyżur skarżąc się na bliżej nieokreślony ból w klatce piersiowej. Po dokładnym badaniu lekarz dyżurny zapewnił go, że wszystko jest w porządku; ból był pochodzenia mięśniowego. Zaledwie pacjent dotarł do domu, ból powtórzył się i trzeba było wrócić do szpitala. Tym razem ja się nim zająłem. Zbadawszy go dokładnie, przeanalizowałem jego elektrokardiogram (EKG). Był prawidłowy. Mimo to zdecydowałem się przyjąć go na obserwację z powodu jego silnego niepokoju. W dwadzieścia cztery godziny później stwierdziłem, że jego EKG wykazuje jednak pewne zmiany uzasadniające dolegliwości. Zmiany te nie były widoczne, gdy pan Badget po raz pierwszy zgłosił się na ostry dyżur. Gdy o tym powiedziałem pacjentowi, mocno się zdenerwował i rozzłościł. Natychmiast poinformował mnie, że zaskarży szpital i lekarza, który go pierwszy badał, o „niekompetencję". Pomimo ponawianych próśb, żeby się uspokoił, przez następne dwie godziny telefonował do swych kolegów prawników, podejmując kroki o wytoczenie „procesu, który da tym draniom nauczkę". Jego ciśnienie krwi znacznie wzrosło, próby obniżenia go lekami nie pomagały. W godzinę później, gdy pacjent nadal rozmawiał przez telefon, po raz trzeci pojawił się ból w klatce piersiowej. Tym razem natychmiast nastąpiła śmierć. Sekcja zwłok wykazała pęknięcie mięśnia sercowego. Bezpośrednim powodem gwałtownego pogorszenia stanu pacjenta i ostatecznie zgonu były jego własne myśli.

hjdbienek : :
wrz 01 2009 Przypadek drugi
Komentarze: 0

Poproszono mnie o zbadanie czterdziestosześcioletniego cudzoziemca, pana Patela, przyjętego na oddział kardiologiczny miejscowego szpitala w pobliżu Bostonu. Przyjechał do Bostonu z Indii służbowo i uczestniczył w konferencjach, gdy nastąpił zawał serca. W szpitalu, na oddziale intensywnej terapii, pojawiły się u niego groźne dla życia zaburzenia rytmu pracy serca. Powodują one osłabienia siły skurczów serca, co sprawia, iż nie może ono skutecznie przepompowywać krwi. Pacjent ten cierpiał na najpoważniejszą odmianę arytmii - migotanie komór. W stanie tym praca serca jest właściwie zupełnie nieefektywna. Występuje ono często po zawale serca i jest spowodowane jego niestabilnością elektryczną. Jeśli pacjenta natychmiast nie podda się reanimacji, zwykle przez zastosowanie defibrylacji elektrycznej serca, chory umiera. Pan Patel już kilkakrotnie przebył migotanie komór i za każdym razem poprzez wstrząs elektryczny szczęśliwie przywracano go do życia. Nie było jasne, co powodowało nawroty arytmii, natomiast jasne było to, że jeśli wkrótce nie ustaną, pacjent nie opuści szpitala żywy. W rozmowie z nim dowiedziałem się, że bardzo martwi go, w jaki sposób pokryje koszty pobytu w szpitalu. Ponieważ przyjechał z innego kraju, nie obejmowało go odpowiednie ubezpieczenie, a jak mu powiedziano „w Ameryce, jeśli jesteś hospitalizowany bez ubezpieczenia, to będziesz tkwił w długach do końca życia". Powiedział mi, że woli raczej umrzeć, niż spędzić resztę życia w długach. Zapewniłem go, że wbrew temu, co słyszał, ktoś na pewno zajmie się uregulowaniem jego rachunku i - choć on o tym nie wie, jego firma załatwiła specjalną podróżną polisę ubezpieczeniową dla niego i dla całej delegacji. Wiadomość ta sprawiła, że oznaki powrotu do zdrowia ustabilizowały się, a migotanie komór serca więcej się nie powtórzyło. Po trzech tygodniach wypisano go ze szpi-tala, a w tydzień później wyjechał do swego kraju, bez jakichkolwiek objawów chorobowych. Gdyby nie to, że myśli lękowe tego pacjenta zostały w porę rozproszone, zabiłyby go prawie na pewno. Nigdy nie dowiedziałem się, kto zapłacił za jego pobyt w szpitalu.

hjdbienek : :
sie 31 2009 Połączenie psychofizjologiczne - kilka...
Komentarze: 0

Wiemy już, że połączenie psychofizjologiczne odgrywa decydującą rolę w powstawaniu procesu chorobowego. Równie ważny jest wpływ tego połączenia na przebieg choroby. Pacjenci krańcowo różnią się między sobą w sposobie reagowania ich umysłu i ciała na chorobę. Kilka dramatycznych przykładów dostarczą nam podane historie chorób. -Przypadek pierwszy Czterdziestodwuletni pan na kierowniczym stanowisku o nazwisku Avery zatelefonował do mnie i powiedział, że od kilku miesięcy odczuwa okresowo niewielkie bóle w klatce piersiowej. Opis bólu wskazywał na chorobę wieńcową, powstającą na skutek zmniejszonego dopływu krwi do serca. Powiedział mi, że ból odczuwa, gdy jest przygnębiony, niespokojny lub gdy ma nawał terminowej pracy. Ból nie występował w trakcie uprawiania gimnastyki. Sądząc z opisu, ból powodowały skurcze naczyń wieńcowych, tętnic doprowadzających krew do serca. Zatem nie było to trwałe zwężenie tych naczyń, które następuje przy stwardnieniu tętnic. Poradziłem mu, żeby zgłosił się na badania, na co bardzo zmartwiony odpowiedział, że nie ma czasu, gdyż „nie sposób" oderwać się od pracy choć na chwilę. Ataki bólu stawały się jednak częstsze i w końcu pan Avery musiał zgodzić się na przyjście do mojego gabinetu. W poczekalni zaczął się denerwować, gdyż musiał czekać piętnaście minut i wykrzykiwał do mojej sekretarki, że jest człowiekiem bardzo zajętym, nie będzie tracić czasu, a ja nie powinienem się z nim umawiać, jeśli nie mogę go natychmiast przyjąć. Gdy wkrótce potem ujrzałem go w swoim gabinecie, był bardzo rozgniewany - zaczął od tego, że lekarze myślą tylko o sobie, tylko ich czas się liczy, a nie szanują czasu swoich pacjentów. Po badaniu powiedziałem mu, że prawdopodobnie są to napady bólów dławicowych grożące zawałem serca. Uznałem, że powinien zgłosić się do szpitala na dalsze badania diagnostyczne. Usłyszawszy to pan Avery stracił panowanie nad sobą. Unosił się i wykrzykiwał, że nie jest w stanie posłuchać mojej rady. Zauważyłem, że wokół ust zaczyna pojawiać się piana, a twarz mu szarzeje. W pewnej chwili chwycił się kurczowo za piersi i upadł na podłogę. Stało się jasne, że ustała praca serca. Próbowałem stosować techniki reanimacyjne, ale bez skutku. Po dwudziestu minutach od wejścia do mego gabinetu pacjent nie żył. Późniejsza sekcja zwłok potwierdziła to, co podejrzewaliśmy: u pacjenta dokonał się zawał mięśnia sercowego. Ujawniła ona również, że jego tętnice były prawidłowe; nie było zablokowania występującego w tego typu przypadkach, natomiast zawał nastąpił wskutek skurczu naczyń wieńcowych, wywołanego bezpośrednio przez wrogość, oburzenie, zniecierpliwienie, lęk i przesadne poczucie, iż jest się niezastąpionym. Pana Avery'ego w ciągu dwóch minut zabiły jego własne myśli. Wyjaśniłem już w szczegółach mechanizm, jaki się za tym kryje, lecz podstawową sprawą jest to, że silne emocje negatywne, myśli pełne wrogości i strachu wywołują złożone zmiany fizjologiczne, spowodowane wydzielaniem hormonów przez przysadkę mózgową. Fala zmian w organizmie jest drastyczna, nagła i trudna do rozwikłania, ale można ustalić, że wzrasta ciśnienie krwi oraz tętno i że może nawet, jak w tym przypadku, nastąpić skurcz naczyń krwionośnych.

hjdbienek : :
sie 30 2009 Zaburzenia emocjonalne i depresja
Komentarze: 0

W medycynie panuje zasadnicza niezgodność poglądów co do genezy zaburzeń emocjonalnych, a w szczególności depresji, która dotyka miliony ludzi. W czasie ataku depresji człowiek czuje się przygnębiony i wyczerpany, nie potrafi cieszyć się życiem ani przezwyciężyć uczucia ogólnego zmęczenia i osłabienia, które w poważnych przypadkach niemal go paraliżują. Towarzyszy temu zwykle uczucie niepokoju, brak apetytu i bezsenność. Nie wiadomo dokładnie, skąd się biorą te ataki depresji, lecz gdy ktoś jest na nie szczególnie podatny, stają się one coraz dłuższe i częstsze aż w końcu życie dla takiego człowieka traci sens. Obecnie toczą się dyskusje, czy takie przypadki należy leczyć metodą psychoterapii, czy też farmakologicznie, a więc lekami. Ostatnio duży rozgłos uzyskały osiągnięcia w leczeniu chemicznymi środkami antydepresyjnymi. Uświadomiło to ludziom, że nie tylko depresja, lecz także wszelkiego rodzaju inne zaburzenia powstałe „w głowie", mają następstwa również dla organizmu. Możemy teraz z całą pewnością powiedzieć, że wiele różnorodnych zaburzeń psychologicznych wiąże się nie tylko z objawami choroby psychicznej, lecz również z określonym obrazem biochemicznym: Depresja właściwa: U pacjentów cierpiących na depresję występuje szereg zaburzeń biochemicznych. Nie ulega wątpliwości, że już niebawem lekarze będą się posługiwać pewnymi wynikami badań krwi przy jej rozpoznawaniu. Najbardziej charakterystyczne zmiany w tym przypadku to zwiększone wydzielanie hormonu kortyzolu przez nadnercza, niedostateczne wydzielanie hormonu wzrostu i hormonu pobudzającego tarczycę (TSH) oraz podwyższony poziom prolaktyny, wydzielanej przez przysadkę. Schizofrenia: Jest to poważne schorzenie psychiczne u osób młodych. W Stanach Zjednoczonych na schizofrenię cierpi ponad milion ludzi, choć dotąd nie uzgodniono, na czym dokładnie ona polega. Schizofrenicy tracą poczucie rzeczywistości, występują u nich również liczne, ciężkie objawy, takie jak przywidzenia, halucynacje i zakłócenia w myśleniu. Ostry napad schizofrenii sprawia, że dotknięty nią człowiek niezdolny jest do życia w społeczeństwie i w przeszłości umieszczano chorych w szpitalu psychiatrycznym z powodu nadmiernej pobudliwości, podniecenia, niepokoju i irracjonalnego zachowania. Schizofrenia jest obecnie jednym z dwóch głównych schorzeń psychicznych, które można skutecznie leczyć farmakologicznie (drugim jest depresja i jej odmiana, depresja maniakalna). U schizofreników występują nieprawidłowości w wydzielaniu hormonów przysadki, w tym hormony wzrostu i gonadotropiny, które są hormonami płciowymi oraz prolaktyny. Mogą wystąpić również zmiany stężeń innych hormonów wewnątrzwydzielniczych i mózgowych. Anorexia nervosa: Jest to jadłowstręt psychiczny występujący najczęściej u młodych kobiet i dorastających dziewcząt. Dużo się o nim ostatnio mówi. Pacjentki panicznie boją się przybrać na wadze i wyobrażają sobie, że są tęższe niż w rzeczywistości. Przekonanie to utrzymuje się uporczywie, nawet gdy organizm jest prawie całkowicie zagłodzony. Chore odmawiają jedzenia po to. aby w dalszym ciągu tracić na wadze. Czasami zaburzenie to występuje na przemian z bulimią, niekontrolowanym objadaniem się, po którym pojawiają się wyrzuty sumienia i uczucie wstydu (aby zapobiec skutkom objadania się, ukradkiem wywołuje się wymioty). Każde z tych zaburzeń może też występować oddzielnie. Obraz biochemiczny anoreksji również wykazuje nieprawidłowe wydzielanie hormonów przez przysadkę, zarówno hormonu wzrostu, jak i hormonów płciowych, takich jak hormon pobudzający pęcherzyk Graafa i hormon luteinizujący. Wszystkie te zaburzenia (a lista ich mogłaby być znacznie dłuższa) są bardzo uporczywe, gdy leczy się je psychiatrycznie, co bynajmniej nie oznacza, że wynaleziono już właściwe środki chemiczne. Leki psychotropowe, nawet stosunkowo skuteczne, zawsze mają działania uboczne. Niektóre z leków uspokajających stosowanych przy zakłóceniach procesów myślowych u schizofreników powodują u pacjentów również daleko idące i drastyczne ograniczenie normalnych procesów myślowych — czasami nazywa się je „chemicznymi kaftanami bezpieczeństwa". Rewolucja w leczeniu zaburzeń psychicznych lekami przyniosła niektórym ludziom ulgę i zwolniła miejsca w szpitalach psychiatrycznych, lecz nikt nie może twierdzić, że większość tych pacjentów została wyleczona. Nasuwa się prosty wniosek, że w chorobach psychicznych zakłócenie wzorców myślowych wywołuje w organizmie zmiany biochemiczne. Rozstrzygnięcie sporu, która z tych zmian wystąpiła pierwotnie — zaburzenie emocjonalne czy zmiany chemiczne — wydaje mi się nieistotne. Wystarczy stwierdzić, powołując się na starą zagadkę, że i kura pochodzi od jajka i jajko od kury. Weźmy na przykład rzadko spotykane zaburzenie zwane „karłowatością psychospołeczną". Cechuje je opóźnione dojrzewanie dziecka, wyraźnie niski wzrost (około 50% niższy niż normalnie dla danego wieku), jak również opóźniony rozrost kośćca. Dzieci te pochodzą zwykle z rodzin upośledzonych emocjonalnie. Analiza krwi wykazuje u nich znacznie niższy poziom hormonu wzrostu niż normalnie. Gdy jednak dzieci te przeniesie się w środowisko emocjonalnie pozytywne, zaczynają szybko rosnąć, a czasem nawet doganiają swoją grupę wiekową. Objawem znaczącym jest to, że wraz z poprawą ich stanu klinicznego podnosi się również poziom hormonu wzrostu we krwi. Inne dzieci, z chorobą sierocą, cechuje apatia i objawy zamknięcia się w sobie, będące następstwem braku opieki i matczynego ciepła we wczesnym dzieciństwie. Dzieci te stronią od towarzystwa innych i chyba nawet nie odczuwają bólu fizycznego; często same sobie zadają rany. Okresowo pojawiają się u nich wybuchy złości i wtedy niszczą wszystko wokół siebie. Ale powtórzmy, jeśli leczy się je w środowisku nacechowanym serdecznością, wśród osób kochających je, dbających o nie i współczujących im, nieprawidłowości biochemiczne - „przyczyna" ich anormalnych zachowań - cofają się. Innymi słowy, chemizm organizmu takiego dziecka reaguje w pewien określony sposób na odczuwany przez nie lęk, niepokój i depresję, a w sposób całkiem odmienny, gdy spotyka się z miłością i współczuciem. Obserwujemy wyraźnie, że w rzeczywistości nie ma tu żadnego dualizmu, to my sami wprowadziliśmy podział na umysł i ciało, po to, żeby zrozumieć naszą fizjologię. Jeśli chodzi o psychikę, Zygmunt Freud dokonał przełomu w psychologii stwierdzając, że nie istnieje żaden dualizm pomiędzy, nazwijmy to, myślami prawidłowymi a myślami łudzi z zaburzeniami psychicznymi; cały proces myślowy raczej odbywa się wzdłuż linii, która biegnie nieprzerwanie przez ciąg naszego doświadczenia. Otóż tę linię możemy przedłużyć włączając fizjologię, która ostatecznie jest wyrazem jednego i tego samego, jednolitego organizmu zwanego człowiekiem: w sposób bardziej subtelny można by to ująć mówiąc, że organizm jest po prostu wyrazem procesów myślowych i poruszeń inteligencji w sferze „umysłu". Do takiego oto poglądu prowadzi nas badanie połączenia umysłu i ciała. Jestem zdania, że dla psychoterapii wynikają stąd bardzo ważne wnioski. Ludzie cierpiący na depresję i inne choroby psychiczne są ofiarami rozpadającej się całości. Gdy tylko wykroczą poza stan, w którym i umysł i ciało pozostają zdrowe, spada na nich ciężar niezliczonych objawów zaburzeń psychicznych i fizycznych. Mówi się, że jedne są psychiczne, a drugie fizjologiczne i w zależności od punktu widzenia lekarza stosuje się bądź leczenie psychiatryczne, bądź też farmakologiczne, lecz zaprzepaszcza się sprawę podstawową, jaką jest jedność umysłu i ciała. Nie zdołamy przywrócić tej jedności przez próby leczenia każdego objawu z osobna. Tę jedność trzeba przywrócić od wewnątrz - jest to już chyba oczywiste - a proces ten zacznie się dopiero wtedy, gdy w pełni zrozumiemy, czym jest ów najsubtelniejszy poziom organizmu ludzkiego - „jaźń".

hjdbienek : :
sie 30 2009 Stres i zespół wewnętrznego „wypalania...
Komentarze: 0

W medycynie od dłuższego już czasu stres był dla badaczy czymś podejrzanym. Dopiero jednak w ostatnim dziesięcioleciu stało się jasne, że stres jest istotnie głównym sprawcą chorób, a nawet śmierci. Obecnie uważa się, że jest on wmieszany w prawie każdą chorobę, poczynając od chorób serca i nadciśnienia, na nowotworach kończąc. Nie można też pominąć cukrzycy i różnych innych dolegliwości związanych z przemianą materii i z zaburzeniami hormonalnymi, takich jak na przykład choroby tarczycy. Czym dokładnie jest stres? W odniesieniu do fizjologii po raz pierwszy użył tego słowa dr Hans Selye i zdefiniował go jako nieswoistą reakcję organizmu na jakiekolwiek naciski. Opisał on „zespół ogólnej adaptacji", według którego organizm reaguje na każdy zagrażający mu bodziec poprzez szereg przewidywalnych zmian wewnętrznych, włącznie z uwolnieniem pewnych hormonów. Znamy to wszyscy jako reakcję „walki lub ucieczki", występującą gdy jesteśmy zagrożeni fizycznie. Jak sama nazwa wskazuje, reakcje takie rozwinęły się w nas i we wszystkich istotach żywych jako mechanizmy obronne. One to właśnie umożliwiają reagowanie każdego organizmu na zmiany w środowisku. Selye sądził, iż niezależnie od tego, czy szkodliwe bodźce są fizyczne czy psychiczne, przewidywalny łańcuch reakcji jest jednakowy. Teraz okazuje się, że tak nie jest. Obecnie naukowcy uważają, że przy zagrożeniu z zewnątrz, każdy organizm uruchamia swoiste reakcje w całkowicie zindywidualizowany sposób. Standardowa definicja stresu bliższa jest teraz temu, co ludzie przezeń rozumieją, stosując go do siebie: „Stres jest nagromadzeniem prawidłowych i nieprawidłowych napięć życia codziennego, które poddają próbie zdolność indywidualnego radzenia sobie z nimi." Definicję tę zaakceptuje każdy, kto zużywa energię na pokonywanie uciążliwości hałasu, pośpiechu i chaosu dzisiejszego życia. Na ogół zakłada się jednak, że stres jest czymś z zewnątrz, że jest nim właśnie pośpiech, hałas i chaos. To błędny punkt widzenia; stres jest w nas. Dr Daniel X. Friedman, autorytet w dziedzinie stresu, mówi: „Stres jest sprzężonym działaniem ciała i umysłu, obejmującym ocenę zagrożenia i natychmiastowe dostosowanie do niego reakcji. Mechanizmem uruchamiającym ten proces jest indywidualna percepcja zagrożenia, nie samo zagrożenie. Percepcja bywa różna, w zależności od temperamentu i doświadczenia." Wyróżnienia są moje, dodałem je, aby zaakcentować subiektywną naturę stresu. Dr Friedman pisze dalej, że na zagrożenia z zewnątrz każdy reaguje na swój sposób, w zależności od „uprzedniego poziomu pobudzenia i zdolności adaptacyjnych. Właściwy stres pomaga człowiekowi przystosować się, niewłaściwy stres natomiast niczemu dobremu nie służy i może skończyć się chorobą." Wynika stąd, że to indywidualna percepcja zagrożenia wywołuje stres, a nie wydarzenie jako takie. Zrozumienie tego jest dla nas bardzo ważne. Weźmy kilka przykładów. Najczęściej uznawanymi stresorami, czyli źródłami stresu w naszym życiu są między innymi rozwód, śmierć ukochanej osoby, utrata pieniędzy, majątku lub pracy, choroba w rodzinie i uwagi krytyczne pod naszym adresem. Nie one są jednak prawdziwymi stresorami. Faktyczne stresory to lęk przed rozwodem, lęk przed utratą ukochanej osoby, lęk przed utratą pracy i lęk przed krytyką. Nawet nadchodząca śmierć nie jest sama w sobie tak groźna, jak lęk przed umieraniem. Raz jeszcze powracamy do myśli, do wzorców myślowych w mózgu, pobudzających zmiany biochemiczne i nerwowe. Stres podąża tymi szlakami, od umysłu do ciała. Istnieje obecnie sporo danych naukowych, mówiących o zmianach hormonalnych i pokrewnych im zmianach biochemicznych, jakie zachodzą w warunkach stresowych. Poziom kortyzolu, hormonu wydzielanego przez nadnercza, wzrasta w wielu sytuacjach stresowych. Z badań wynika, na przykład, iż dzieje się tak, gdy pacjent ma poddać się operacji. Przy bardziej wnikliwej analizie tych danych okazało się jednak, że to nie sam zabieg chirurgiczny, a oczekiwanie nań powodowało wzrost poziomu kortyzolu. Innym hormonem badanym w warunkach stresowych był hormon wzrostu. Wykazano, iż poziom jego podnosił się u studentów w czasie egzaminów lub wtedy, gdy kazano im oglądać filmy z brutalnymi i erotycznymi scenami. Rzecz znamienna, wzrost hormonu następował też, gdy studenci spodziewali się wyczerpujących ćwiczeń lub gdy groziły im sprawdziany wywołujące niepokój i zdenerwowanie. Pośród innych hormonów, których poziom wzrasta w podobnych okolicznościach znajdujemy epinefrynę, norepinefrynę i prolaktynę, hormon przedniego płata przysadki mózgowej. Wszystkie te przykłady dowodzą, iż stres działa przez połączenie psychofizjologiczne: myśl pobudza wydzielanie hormonu, zwykle grupy hormonów, co z kolei prowadzi do wielu zmian w przemianie materii i w innych funkcjach ustroju. Mówiąc prościej i bardziej ogólnie, człowiek dostrzega zagrożenie, po czym mózg to zagrożenie rejestruje wysyłając sygnały, by spowodować wydzielanie hormonów, hormony zaś służą za posłańców do tych części ciała, które mają zareagować. Ta reakcja na stres, która może momentalnie wprawić w ruch cały organizm, następuje zaledwie w kilku tysięcznych sekundy. Jakie są nieprawidłowe objawy reakcji stresowej? Często ujawnia się ona w postaci choroby. Ponieważ choroba pociąga za sobą wiele zmian zachodzących w czasie, powiedzmy sobie, iż stres objawia się jako proces chorobowy, którego skutki kumulują się w organizmie. W rezultacie, u jednego człowieka wystąpić może nadciśnienie, a u drugiego wrzody. W świecie lekarskim jest takie powiedzenie: ^Wrzody to nie to, co jesz, ale to, co ciebie zjada." Stres może też przyjąć postać bliżej nieokreślonych objawów, które składają się na to, co powszechnie nazywa się „zespołem wewnętrznego wypalania się." Co dolega ludziom „wypalonym" i co rozpoznają u nich coraz częściej lekarze? Otóż jest to wyczerpanie obejmujące wszystkie poziomy ustroju, życie emocjonalne i postawy życiowe. Objawy fizyczne to zmęczenie, bezsenność, bóle głowy, bóle kręgosłupa, upośledzone trawienie, duszność, utrzymujące się przeziębienia i niezamierzona utrata wagi lub jej przyrost. Zaburzenia emocjonalne i zmiana podejścia do życia mogą przybierać postać nudy, niepokoju, uczucia stagnacji i depresji. Ludzie wypaleni wewnętrznie spędzają dni na rozważaniach nad swoim postępowaniem, bądź też ulegają obsesjom różnych myśli i czynności. W porównaniu z ludźmi zdrowymi, cieszącymi się życiem, ludzie wewnętrznie wypaleni szybko się denerwują, nie potrafią powiedzieć drugiemu człowiekowi nic miłego, ani cieszyć się jego sukcesem, do wydarzeń dnia odnoszą się z cynizmem, zawsze są w defensywie i we wszystkim dopatrują się zła. Szukając ucieczki od siebie samych, wyzwolenie znajdują w alkoholu lub narkotykach i od nich się uzależniają. Reakcja na stres może też okazać się śmiertelna. Niedawno dokonano zaskakującego odkrycia, że stres niszczy układ odpornościowy organizmu. Gdy ktoś cierpi na przewlekły stres, może to zahamować u niego wytwarzanie naturalnych komórek obronnych ustroju, limfocytów T i makrofagów. Możliwe, że takie zahamowanie tworzenia się tych komórek ma związek z bardzo wysokim poziomem kortyzolu i innych hormonów, jaki obserwujemy u ludzi znerwicowanych. Ponieważ komórki te, „zabójcy" zarazków, zwalczają zakażenia i inne choroby, niewykluczone, że znaleziono ogniwo wiążące stres z rozwojem takich chorób, jak zapalenie płuc czy rak. Czy stres jest nam w jakiś sposób potrzebny? Czasami ludzie znerwicowani uzasadniają swój stan chorobowy tym, że - jak twierdzą - stres jest im potrzebny do sprawnego działania. Zwykle chcą przez to powiedzieć, że stres jest im potrzebny do skutecznej konkurencji i odnoszenia sukcesów w ich zapracowanym życiu. Podobne stwierdzenia znaleźć można w niektórych artykułach: trochę stresu dobrze nam zrobi, ale zbyt dużo, szczególnie zbyt dużo tego złego stresu, jest niedobre. Uważam, że taka postawa jest całkowicie błędna. Każdy żywy organizm posiada wrodzone mechanizmy, pozwalające mu rosnąć i przystosowywać się do otoczenia. Słonecznik zwraca się ku słońcu na niebie, ponieważ wewnętrzny mechanizm nim steruje, w dni pochmurne natomiast ten sam mechanizm automatycznie się wyłącza. Jest to przykładem, że adaptacje są właściwe i naturalne. Istoty ludzkie wyposażone są w najszerszy i najbardziej twórczy zespół takich mechanizmów w całej naturze. Nasza zdolność przystosowywania się jest nieskończona. U osoby całkowicie zdrowej, właściwa, naturalna reakcja jest w pogotowiu w każdej sytuacji, w tym również w sytuacji, kiedy nie należy nic robić, zachować cierpliwość, milczenie i wiedzieć, kiedy trzeba wypocząć. Gdy jednak wysilamy się, by reagować nienaturalnie, by zakłócać reakcje już tkwiące w naszej inteligencji, wtedy zaczynają się kłopoty. Stres narasta, jeśli nie żyjemy zgodnie z naszą wewnętrzną inteligencją. Jeżeli mówimy, że potrzeba nam więcej stresu w postaci silniej pobudzanego zachowania, to tak jakbyśmy utrzymywali, że musimy nauczyć się przystosowywać do anormalności, do napięć, nadmiernego konkurowania z innymi i do nieustannego pośpiechu. Argument ten wyraźnie podważa wiarę w wewnętrzną inteligencję naszego organizmu. „Kierowanie stresem" tylko wtedy może być skuteczne, gdy nie ma żadnego kierowania. Nieskończona różnorodność reakcji już nas prowadzi przez życie, a gdy damy im szansę, nie zawiodą nas w żadnej sytuacji. Reakcje te muszą być jednak błyskawicznie koordynowane, jeśli mają działać zgodnie z naturą. Umysł potrafi podejmować decyzje, ale umie to robić też serce, układ hormonalny, każda komórka, a w centrum każdej komórki potrafi to także DNA. Gdy wszystko działa harmonijnie, rezultatem jest prawdziwe zdrowie i naturalna, życiodajna inteligencja. Nie trzeba wiele, żeby z tego w pełni korzystać, wystarczy prowadzić życie bez napięć i co najważniejsze, zaufać sobie i pozostać odprężonym. Takie są te niezliczone przejawy reakcji na stres. Klucz do nich wszystkich znajdziemy w jednym miejscu, w ludzkim umyśle, w owym źródle wszelkiej myśli i wszelkich procesów naszego organizmu, które od myśli się zaczynają. O tym właśnie mówi ta książka. Dowiemy się, iż wiele toczonych obecnie sporów na temat stresu i jego pokonywania traci sens z chwilą, gdy skierujemy terapię na najgłębszy poziom naszego zdrowia. Zamiast definiować stres z medycznego punktu widzenia, wolę zacytować definicję Maharishiego Mahesh Yogi, autorytetu w sprawach dotyczących świadomości, interpretowanej z perspektywy Wschodu: „Stres jest tym czynnikiem, który hamuje pełną ekspresję inteligencji twórczej." Według tej definicji, wzorem staje się człowiek bez stresu, istota ludzka, wykorzystująca w życiu pełny potencjał swej inteligencji.

hjdbienek : :
sie 30 2009 Sen i bezsenność
Komentarze: 0

Sen jest czymś całkowicie naturalnym, absolutnie potrzebnym, ale też ciągle jeszcze czymś tajemniczym. Podstawowe prace badawcze prowadzi się od niedawna, a pytania dlaczego sen jest potrzebny oraz w jaki sposób odświeża nasz umysł i ciało, czekają jeszcze na odpowiedź. Wiadomo, iż mężczyźni i kobiety nie różnią się pod względem ilości przesypianych godzin. Większość ludzi — około 60% - sypia nocą od sześciu do ośmiu godzin; około 36% przesypia więcej niż osiem godzin, a poniżej 4%, mniej niż sześć godzin. Jak dotąd nie znalazł się nikt taki, kto by nie sypiał w ogóle i bardzo niewielu ludzi potrafi świadomie, z powodzeniem zmienić naturalne godziny snu. W jednym z badań, w którym przetestowano tysiące ludzi, okazało się, że około 57% kobiet i mężczyzn budzi się z całonocnego snu z uczuciem odświeżenia, z czego wynika, że wiele osób tego uczucia nie zaznaje. Wśród cierpiących na bezsenność jest dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn — pierwsza znacząca różnica: proporcja ta dotyczy osób, które spędziły przynajmniej jedną całkowicie bezsenną noc, a także tych, które biorą środki nasenne. Fizjolodzy odkryli dwa podstawowe rodzaje snu u ssaków, w tym u człowieka. Wyróżnia się tu fazę szybkich ruchów gałek ocznych, czyli REM , oraz sen wolnofalowy, czyli fazę non-REM. W obu tych kategoriach jest jednak wiele poziomów snu: sen lekki i głęboki, nieświadomy i półświadomy i różne ich odmiany. Faza REM jest przedmiotem wielu badań i wzbudza powszechne zainteresowanie, ponieważ w tej fazie występują marzenia senne. Uważa się, że jest to faza odpoczynku i odmłodzenia, czerpanego ze snu. Wszyscy wiemy, że do tego, aby rano czuć się wypoczętym, potrzebny nam jest zarówno sen, jak i marzenia senne. Chociaż wiele osób -zwłaszcza tych, którym stale dokucza bezsenność - twierdzi, że zupełnie nie sypia, lub w ogóle nie miewa snów, naprawdę zaś jest to tylko ich własne przekonanie. Brak snu i marzeń sennych w krótkim czasie prowadzi do zaburzeń czynności mózgu. Odpoczynek i aktywność, występujące na przemian w pewnym cyklu tworzą wspólny wzorzec dla wszystkich żyjących gatunków. Fazę REM rzeczywiście stwierdzono u ptaków, gadów i ryb; stanowi ona znak rozpoznawczy danego gatunku na szczeblach ewolucji. Funkcje takie jak sen dowodzą, iż nasz układ nerwowy zespolony jest z wszystkimi podstawowymi cechami życia natury. Stały cykl snu, marzeń sennych i czuwania łączy nas z wszystkimi stworzeniami we Wszechświecie. Omówię to zagadnienie bardziej szczegółowo w dalszych publikacjach. Wzorzec snu u ludzi zmienia się w zależności od okresu życia. Spanie głównie nocą występuje już w pierwszych tygodniach życia i trwa do starości: wówczas zaczyna się to zmieniać. Ludzie starsi zazwyczaj stwierdzają, że zmienia się nie tylko czas snu - bywa, że pięć do sześciu godzin staje się normą dla snu nocnego - lecz również pojawia się nowy wzorzec snu: budzenie się w nocy i drzemki za dnia. Usiłując znaleźć odpowiedź na pytanie, jak pojawia się sen, naukowcy wysunęli teorię, iż na skutek dziennego zmęczenia wytwarza się w nas substancja zwana hipnotoksyną, która aktywizuje część mózgu - twór siatkowaty - po to, by wywołać sen. Sen jest nie tylko pewnym stanem świadomości, jest on również stanem zmienionego chemizmu ustroju. Jeżeli, na przykład, pobierze się płyn rdzeniowy od śpiącego kota i wstrzyknie się go do rdzenia kota całkowicie rozbudzonego, kot ten natychmiast zasypia. Z nami jest podobnie; budzimy się, gdy mózg wydzieli właściwe substancje chemiczne, przeciwdziałające tym, które powodują u nas sen. Należy tym procesom pozwolić na normalny przebieg według naszych własnych, osobistych rytmów snu, co jest istotnym elementem naszego zdrowia. Brak snu szybko prowadzi do utraty dobrego samopoczucia. Zwierzęta doświadczalne pozbawione snu nawet przez kilka dni - giną. U ludzi utrata snu powoduje najpierw zmęczenie, zdenerwowanie i niemożność koncentracji. Jednakże bardzo szybko prowadzi do dezorientacji fizycznej i umysłowej, do przywidzeń i halucynacji oraz do stopniowego obniżania się zdolności do wykonywania jakichkolwiek skoordynowanych ruchów. Późniejsze stadia odczuwa się nader dotkliwie, ponieważ pojawiają się objawy typowych dolegliwości neurologicznych, w tym osłabienie mięśni, zaburzenia wzroku i mowy. Sądząc po ilości sprzedawanych środków nasennych, zażywa je prawdopodobnie około jednej czwartej dorosłych Amerykanów. Lecząc bezsenność, lekarze przepisują środki halucynogenne i uspokajające - na leki tego rodzaju wystawia się więcej recept niż na jakiekolwiek inne środki. W swej najczęstszej postaci bezsenność nie jest powiązana z żadnymi zaburzeniami fizycznymi. Może pojawić się na skutek bólu, pewnych chorób organicznych lub zażywania narkotyków, lecz na ogół powodem jest zdenerwowanie, zmartwienia i niepokoje. Bezsenność często towarzyszy poważniejszym schorzeniom psychicznym (np. depresji maniakalnej lub samej depresji) i wtedy chory sypia mniej, a jakość snu jest znacznie gorsza. O gorszej jakości snu mówimy wtedy, gdy nie przechodzi się w pełni przez wszystkie stadia cyklu; dotyczy to zwłaszcza fazy REM. Jedną z charakterystycznych cech depresji jest wczesne budzenie się, kiedy to pacjent nie ma kłopotów z zaśnięciem, natomiast budzi się o godzinie 2 lub 3 nad ranem i nie może powtórnie zasnąć. Wiele znerwicowanych osób zauważa, że budzą się nagle, prawie „jak na komendę" i stają się natychmiast świadome napastujących je, niespokojnych myśli. Badania nad biochemizmem i funkcjonowaniem mózgu w czasie snu obejmują również poszukiwanie nowych środków nasennych. Jest ich sporo, od prostych, stosunkowo nieszkodliwych leków sprzedawanych bez ograniczeń, po skuteczne (i uzależniające) środki, takie jak barbiturany i nowa klasa leków zwanych benzodwuazepinami. Wszystkie środki nasenne mają wspólną wadę; jest nią tolerancja na leki - po krótkim okresie stosowania przestają działać. Pacjentom zażywającym je regularnie potrzebne są coraz to większe dawki, aby osiągnąć ten sam skutek. Ponadto leki te nie zapewniają prawidłowej jakości snu, zakłócają bowiem fazę REM. Odurzenie wywołane upojeniem alkoholem może przypominać sen, ale jest pozbawione fazy REM. Pacjenci potwierdzają złą jakość snu wywołanego przez leki, narzekając na poranne zmęczenie, uczucie „kaca", obstrukcję, utratę energii i popędu seksualnego oraz niemożność szybkiego powrotu do zdrowia. Gdy pacjent przestaje zażywać owe leki, zdarzają się majaczenia i halucynacje. Wniosek nasuwa się jasny - na bezsenność nie ma rozwiązania farmakologicznego, a badania naukowe idą tutaj w złym kierunku. Wystarczy trochę zdrowego rozsądku, by zdać sobie sprawę z tego, że gdy nie możemy zasnąć, sprawiają to nasze własne myśli. Zmartwienie i niepokój są niczym innym, jak negatywnym myśleniem o czymś, co się już zdarzyło albo o czymś, co być może zdarzy się w przyszłości (ale zwykle się nie zdarza). Czasami, oczywiście, jest to myśl pogodna, oczekujemy na jakieś radosne wydarzenie i to nie pozwala nam zasnąć. Jednakże tego rodzaju bezsenność normalnie nam nie przeszkadza, bo gdy w końcu zasypiamy, jest to zazwyczaj sen dość orzeźwiający. Ogólnie biorąc, cechą dobrego zdrowia jest spokojny sen, jego jakość zaś wskazuje na stan psychicznego i fizycznego dobrego samopoczucia, do którego, podobnie jak do jakości snu się przyzwyczajamy. Ludzie szczęśliwi, zadowoleni i kochający rzadko cierpią na bezsenność. Ludzie z poczuciem winy, niespokojni i nieszczęśliwi z reguły sypiają źle. Są to fakty, których weryfikować naukowo nie ma potrzeby, gdyż znane są od wieków. Zaburzenia snu praktycznie nie występują u dzieci (chyba, że przechodzą jakąś bardzo bolesną chorobę lub są chore umysłowo). Dzieci sypiają dobrze, ponieważ mają czyste serca. Jeśli chcemy z dobrym skutkiem leczyć zaburzenia snu u dorosłych, zacząć trzeba od odrzucenia tych kłopotliwych wzorców myślowych, które niepotrzebnie zaprzątają umysł i stoją na przeszkodzie wszystkiemu, co powinno być całkowicie automatyczne. Wskazówek, jak to leczyć, poszukajmy głęboko w umyśle, u źródła myśli - tam znajdziemy odpowiedź.

hjdbienek : :